blog, którego już prawie nikt nie czyta
RSS
poniedziałek, 04 października 2010
tęskno mi
"Tęskno mi Panie" napisał Norwid o swojej tęsknocie do... no właśnie. Trochę zapomniałam, czy tęsknił do Polski bo wyjechał i nie mógł wrócić, czy coś się w kraju nad Wisłą zmieniło na gorsze i czuł, że to 'coś' może już nie wrócić. Zaraz sprawdzę i się dowiem.
Niemniej jednak jedna strofka jest nad wyraz aktualna a i do moich przemyśleń tej niedzielnej nocy pasuje.


Do bez-tęsknoty i do bez-myślenia,

Do tych, co mają tak za tak - nie za nie,

Bez światło-cienia...

Tęskno mi, Panie...


To ja poproszę o bez-tęsknotę i bez-myślenie.

Bo mi się mało tęskniło do Ojczyzny. A teraz mi się bardzo tęskni do bez-myślenia tego niesamowitego miesiąca bez trosk, stresów, pracy, wstawania po ciemku i zimno.

I do ciszy, pustkowia i drogi po horyzont. I Wielkiego Wozu i wielkiego wozu.

Ech, poniedziałek.

adekwatny teledysk (krajobrazowo)

PS. cudem odnalazłam hasło do bloga (którego już prawie nikt nie czyta0

a radosne wspomnienia są na gosia-i-piotr.pl
piątek, 11 grudnia 2009
samo maso
W ramach samodopieszczenia oglądnęłam raz i drugi fotky z wyjazdu rowerowego ktory zorganizowałyśmy sobie z Karoliną z Pragi do Wiednia.
Miało się tę krzepę w czerwcu.
fotki na facebooku jeśli ktoś chce zobaczyć kawałek szarego nieba i rower. No i mnie.
Mam nadzieję że kolejne wakacje będą nie mniej udane.
Mam nadzieję, że tak naprawdę niewiele się zmieni - tyle mi się udało w tym roku, że znowu zaczęłam myśleć co teraz się zepsuje dla równowagi.
Niedługo będę w filmie na youtube :) może to to?




środa, 02 grudnia 2009
za rzeką
"zwierzęta w zoologu po drugiej stronie śpiewały czarny chleb i czarną kawę"

trochę z głowy więc może to nieidealny cytat. Poczytajcie Stasiuka, można się rozsmakować ale jak we francuskim serze pleśniowym: penetruje wszystkie kubki smakowe. Delektować się małymi za to bardzo intensywnymi porcjami najlepiej popijanymi dobrym winem. Żeby strawić i żeby mieć ciągle apetyt na więcej.

Porusza nastawione na korpotory zwoje mózgowe.

środa, 25 marca 2009
Aperitif, digestif i wszystko, co pomiędzy nimi... :)
Spędziłam wspaniałe 10 dni w Paryżu. I jestem o wiele bardziej zachwycona niż po pierwszej tam wizycie, kiedy przez 5 dni w większości pieszo zaliczyłam wszystkie kluczowe atrakcje tego miasta.
Tym razem miałam po pierwsze więcej czasu, po drugie 10 dni bez kropli deszczu, za to pięknych-ciepłych (15-20 celsjuszy)-i-słonecznych no i poczucie, że już nigdzie nie "muszę" iść, bo "wypada".

Coby się nie pogubić wprowadzam podział na podtematy. I tak, temat pierwszy:

ZAPACH i SMAK PARYŻA (Bagietki, fromage i kloszardzi)

W zasadzie w nawiasie zawarta jest kwintesencja opisu wrażeń smakowo zapachowych stolicy Francji.
Zacznę od tych ostatnich, żeby wrażenie z ostatniej części podczęści było pozytywne. Kim jest kloszard każdy wie, nie każdy natomiast spodziewa się zastać w niedzielne popołudnie sypialni na chodniku. Kilkunastoosobowe grupy bezdomnych porozkładały swoje materace gąbkowe, tekturę, karimaty i śpiwory plus oczywiście walizki i plecaki z całym dobytkiem na chodnikach tuż pod wystawami sklepów w uczęszczanych miejscach. Obowiązkowo przed nimi kubeczki na datki "na jedzenie" lub dla psa/kota. Zwierzyna zresztą niekoniecznie była żywa - kloszard mieszkający przy naszym hotelu na Place St. Augustin miał sztucznego kota, który był łudząco podobny do żywego i co druga osoba zatrzymywała się zdziwiona i patrzyła na śpiącą podróbkę. W dni robocze bezdomni spotykani są częściej samodzielnie lub parami, najczęściej z butelką wina pod ręką. Śmierdzą niemiłosiernie i sikają gdzie popadnie. Widok właściciela restauracji ze szlauchem spłukującego świeżą kałużę moczu sprzed drzwi...
co poniektórzy (zgaduję że bardziej zamożni) mieszkają tak (zdjęcie z Montmartre'u):



Piotrek powiedział, że przez kilka lat w Warszawie nie czuł tyle smrodu sików, co przez te 10 dni w Paryżu.
Akcentów polskich nie brakowało i tam: pan sprzed hotelu któregoś dnia rozmawiał z kolegą. Moich uszu dobiegł fragment konwersacji:
- słuchaj, Wiesiek, tam pod mostem, to ...
Widocznie bardziej opłaca się sępić euro na francuskie jabole niż złotówki na nasze wina z podłogi.

Żeby nie było tak obrzydliwie przejdę do przyjemniejszych aspektów.
Jedzenie :)
Stereotypowy obrazek francuza z bagietką w ręku, pijącego wino w południe i jedzącego śmierdzące sery to prawda!
W centrum miasta kupuje się na ulicznym straganie serek-śmierdzielek (nie ma tam czegoś takiego jak żółty ser, każdy ser ma inną nazwę, smak, zapach i konsystencję), na innym owoce, jeszcze gdzie indziej mleko, mięso, bagietkę, czekoladę i tak się chodzi wzdłuż całej ulicy od stoiska do stoiska. Voila:


Oczywiście wszędzie można płacić kartą :)

Na kolację chodzi się późno (21-22), zaczyna ją od aperitifu (my zasmakowaliśmy w kirze) potem przystawka/sałatka, danie główne (zdarzyła nam się sałatka tak duża i bogata, że danie główne to przy niej pikuś)- wszystko obficie popijane winem, a na deser oprócz standardowych deserów (creme brulee, tiramisu czy lody) Francuzi zamawiają fromage czyli ser. No i na koniec digestif - koniak, calvados, coś w ten deseń. Lub kawa.
Za to śniadanie ubożuchne - najbardziej pospolity zestaw to croissant i sok + kawa. Na luncze obowiązkowo wychodzi się z pracy najczęściej do piekarni oferującej również świeżo przyrządzane kanapki i sałatki, do tego kawa lub coś zimnego i hajda do parku, na najbliższy skwerek, a jak nie ma, to konsumpcja na miejscu- jeśli tylko jest to możliwe przy stoliku na ulicy:


Nierzadko miejsca na zewnątrz łączą się z wyższym rachunkiem - kawa przy bardze kosztuje mniej lub aby usiąść na chodniku trzeba zamówić coś do jedzenia.


WIOSNA I ODKRYCIA


Ponieważ Piotrek pracował ja przez 5 dni roboczych spędzałam całe dnie przemierzając Paryż samodzielnie i odkrywając nowe ciekawe miejsca.
Nie raz i nie dwa gdzieś się zgubiłam, ale zawsze było warto :) Poza problemem z wpadaniem na latarnie, bo wzroku nie mogłam oderwać od wystaw butików z ciuchami nic złego mnie nie spotkało.
Któregoś razu trafiłam na rue st. Denis - która oprócz tabuna prostytutek (w południe) które wyglądały na 50-60 lat, ale dumnie prezentowały swoje wdzięki - kończyła się takim oto cudem architektonicznym:



jest to jeden z wielu łuków. Francuzi chyba wyjątkowo lubią tę formę - stojąc pod dużym łukiem na Champs Elisee twarzą do Luwru za plecami ma się wielki łuk ze szkła i metalu w dzielnicy biznesowej (daleeeko od centrum) a przed sobą mały łuk. Wszystko idealnie w linii prostej. Spotkany przeze mnie łuk na zdjęciu powyżej to pozostałość po wjeździe do miasta.
Poniżej - Łuk Triumfalny, wokół którego jest wielkie rondo bez pasów. Moim zdaniem chyba najfajniejszy z symboli Paryża.



Codziennie starałam się jeść moje śniadanie w innym parku i codziennie było tłoczno od wygrzewających się na trawie ludzi. Tym trudniej jest mi pogodzić się z sytuacją atmosferyczną w naszym pięknym kraju nad Wisłą.


W czasie swoich wędrówek trafiłam także na Kapitol:



Do Pagody, w której było kino:



i na żydowską pizzę (w Marais)



TRANSPORT PUBLICZNY

Jako fanka komunikacji miejskiej nie mogłam nie zwrócić uwagi na paryskie rozwiązania. A było na co patrzeć i czym jeździć. 14 linii metra - 380 stacji z których 87 daje możliwość przesiadki, autobusy i szybka kolej podmiejska- RER (5 linii), która jeździ także po mieście i na dłuższych trasach jest szybszą alternatywą metra. Wszystko doskonale skomunikowane siecią tuneli, przejść, ruchomych taśm i naturalnie wspólnym biletem. PIerwsza linia metra została otwarta w 1900 roku! Można?

Chatelet-Les Halles to połączone przejściami podziemnymi dwie stacje uznawane za największą na świecie podziemną stację. Bez wychodzenia na powierzchnię można przesiąść się do RER lub wejść do centrum handlowego działającego na 4 podziemnych poziomach. Z góry (otoczone jest parkiem) wygląda tak:


a tu z kolei piktogram ze stacji - można po zbiciu szybki wyłączyć prąd na torach, jeśli ktoś wpadł. Nie wiem, czy u nas też tak jest?





Na Gare St Lazare doliczyłam się 5 poziomów (4 linie metra i RER), i tamże startuje ostatnia 14 linia, uruchomiona w 1998 roku. Jest bezobsługowa - razem z grupką dzieci siedziałam na ławce z widokiem standardowo zarezerwowanym dla motorniczego, któregow tym wypadku nie było. Byłam chyba bardziej podekscytowana niż dzieciaki. Linia 14 rozwija prędkość do 80km/h.
W Paryżu można się oczywiscie poruszać autobusami, ale nie jest to wskazane biorąc pod uwagę, że każde miejsce jest ponoć oddalone od stacji metra o nie więcej niż 500m. Za to na większości przystanków autobusowych widziałam elektroniczne wyświetlacze informujące o przybliżonym czasie pozostałym do przyjazdu poszczególnych linii.

Nie byłabym oczywiście sobą, gdybym nie zawitała na dworzec, żeby przynajmniej popatrzeć na co? Na pociągi :)
Szybki rzut oka na tablicę odjazdów z dworca Montparnasse i już pędziłam na peron popatrzeć na odjeżdżające TGV!

piękne :)

Cały ten system komunikacji jest bardzo łatwy do ogarnięcia dzięki mapkom, schematom i znakom (aczkolwiek nie tak łatwy jak w Londynie).
Zresztą, koniec języka za przewodnika, nie? No właśnie nie.

JĘZYK

Pierwsze 2-3 dni były masakryczne. W ogóle nie rozumiałam, co się do mnie mówi, nikt nie rozumiał też mnie. Bardzo to frustrujące biorąc pod uwagę lata nauki francuskiego (zawsze jako drugi język i nigdy naprawdę poważnie nie traktowany, niestety). Starsi Paryżanie, pracujący w okienkach z biletami i różnych punktach obsługi byli do tego stopnia nieprzychylni, że wyrobienie karty miejskiej żeby wgrać na nią bilet zajęło mi 3 godziny. Nikt nie chciał mi wyraźnie i powoli powiedzieć gdzie mam iść i co zrobić. Im bardziej ja starałam się składać ładne zdania, tym szybciej oni mówili.
Potem na szczęście zaczęłam rozumieć więcej i pod koniec już spokojnie udało mi się wymienić wadliwe bilety jednorazowe na nowe z odpowiednim opisem sytuacji :)
Młodsi mówią chętnie po angielsku lub bezradnie rozkładają ręce. Naprawdę cieżko dogadać się bez znajomości choć podstaw francuskiego.



Co mnie jeszcze zadziwiło?
Kreskówkowe malunki na ścianach! Nie mam pojęcia o co chodzi, ale jest ich sporo.







Ktoś ma jakiś pomysł?

Zaliczyłam też francuski strajk - wiadomo było że będzie w czwartek więc poszłam sobie w okolice placu Republiki. Było tłumnie i wesoło - śpiewali, tańczyli, grali na instrumentach, pili piwo - ogólnie bardziej piknik niż protest. Ale ponoć ten był jednym z tych pokojowych a zdarzają się też bardziej "wrogo nastawione" manifestacje. Co się tyczy strajków - w prasie codziennej jest specjalna rubryka "dzisiejsze strajki" i tam można znaleźć mapkę planowanych na dany dzień manifestacji :)




i chyba last but not least: MUZEA

Będąc w Paris z Sophie 3 lata temu zaliczyłam wszystkie główne atrakcje turystyczne, w tym muzea (poza muzeum Picassa). Tym razem udalo się zobaczyć jego przedziwne obrazy, czasu miałam mnóstwo i wreszcie zaczęłam rozumieć, co on chciał przedstawić.

znawca sztuki ze mnie żaden, ale to mi się akurat bardzo spodobało :)

Z Piotrem udaliśmy się do muzeum Air and Space, które boryka się z podobnymi do polskich problemami- przestarzałe technologie, nieciekawe opisy, smutno-szary klimat. Za to można było zwiedzać samoloty: Concorde, Boeinga 747 (łącznie pokładem cargo na którym oczywiście pokazywali przewożonego Renaulta).

Concorde - jedyny ponaddźwiękowy samolot pasażerski:



Jednak najfajniejszą wystawą jaką odwiedziliśmy, była ta poświęcona urodzinom Petit Nicolasa - czyli Mikołajka, w Ratuszu.
Mikołajek rządzi :)






I na koniec. Paryż jest jednak mały - któregoś dnia spacerując wpadłam na Piotrka furę zaparkowaną byle jak na środku ulicy. Tłumaczył, że tylko wyskoczył na croissanta.



i moje ulubione zdjęcie, z innej perspektywy (to są chyba forsycje, z kwiatków nie jestem mocna).



Obiecałam wyjaśnić, czemu piosenką dnia któregoś dnia został utwór Manu Chao z kreskówkowym teledyskiem. Otóż ostatnie 5 dni naszego pobytu spędziliśmy w uroczej pracowni malarskiej w samym centrum Paryża. Pracownia należy do autora m.in grafiki do ostatniego albumu Manu i kilku teledysków. Spaliśmy w otoczeniu dziesiątek obrazów a tuż za rogiem na targowisku ulicznym zaopatrywałam nas w świeże bagietki i serki-śmierdzielki.
Dla zainteresowanych polecam album "Siberie m'etait conteee" i mój ulubiony utwór "100.000 remords" który można usłyszeć na stronie naszego znajomego artysty http://wozniak.unblog.fr/ Zachęcam do obejrzenia obrazków - usypianie i budzenie się w bezpośrednim otoczeniu takiej sztuki działa na wyobraźnię bardzo pozytywnie.

O re wła!
niedziela, 22 marca 2009
Piosenka na ten tydzien
a wpis o Paryzu (z wyjasnieniem, czemu ta a nie inna piosenka) po powrocie do domu - alez wrazen!



Cuba Libre!
zastanawialiscie sie kiedys, ile razy na minute na swiecie ktos zamawiajac rum z cola i cytryna wola o wolnosc Kuby?

sobota, 14 marca 2009
znalezione - ekonomiczne :)
Jest sierpień, miasteczko na Lazurowym Wybrzeżu, sezon w pełni - ale leje,więc puchy.
Wszyscy pozadłużani. Na szczęście do jednego hoteliku przyjeżdża bogaty
Rosjanin. Prosi o pokój. Rzuca na stół 100 $ i idzie go obejrzeć.
Hotelarz chwyta banknot - i natychmiast leci uregulować należność u dostawcy
mięsa, któremu zalega. Ten łapie banknot - i leci zapłacić nim
hodowcy świń,któremu zalega za towar. Ten łapie te 100 $ - i leci zapłacić
dostawcy paszy. Ten z ulgą bierze pieniądze i z tryumfem wręcza je prostytutce, z której usług korzystał na kredyt. Ta łapie pieniądz - i leci spłacić dług w hoteliku, z którego też korzystała na kredyt..... i w tym momencie Ruski schodzi z góry, oświadcza, że pokoj mu się
nie podoba - więc bierze swoje 100$ i wyjeżdża.
Zarobku nie ma, ale całe miasteczko jest
oddłużone i z optymizmem patrzy w przyszłość :)
niedziela, 08 marca 2009
tapirowe piosenki - "Autobusy i tramwaje"
AAAle było! Dzisiaj o 12.15 moja trzyosobowa drużyna wystartowała w konkursie komunikacyjnym organizowanym przez sghowski klub turystyczny Tramp. Gra polegała na tym, żeby w czasie 5h (nie więcej, punkty karne!) zgromadzić jak najwięcej punktów, które przyznawane były za odwiedzenie i sfotografowanie się w jednym z miejsc na danej nam w momencie startu liście. Miejsc tych było 35, punktowanych od 20 do 700 w zależności od trudności, jaką stanowiło w subiektywnym odczyciu organizatorów dotarcie tam. Były to zarówno konkretne adresy (Płowiecka 77, Bielańska 10) jak i skwery (dwie dziwne nazwy których nie zapamiętałam) ale przede wszystkim przystanki autobusowe (najwyżej punktowany PALUCH, ODOLANY, ZACISZE, BRZEZINY---> różne końce warszawy do których dociera jeden autobus 2x na godzinę). Z mapą w ręku i wap.ztm.waw.pl w komórce (bez opcji wyszukiwania) ruszyłyśmy na PALUCH (autobusami 182 i 124). Potem 124 na Okęcie i stamtąd 7 na Szmulowiznę, spacer do ulicy Zachariasza (co za okolica) i na przełaj przez tory do autobusu, na Małą (niech żyje urokliwa i czysta Praga), Lusińską (kto wie, gdzie to jest?), do Klubu Lira (prawie w domku) i biegiem biegiem do 104 do Brzezin (za 150 pkt). Na tejże pętli zadzieżgnęłyśmy wspaniałą znajomość ze Stanleyem, rozgoryczonym kierowcą Solinki, który trochę nas poindoktrynował a potem specjalnie dla nas przeprowadził widowiskowy pościg 156 do którego musiałyśmy się przesiąść. Co więcej zaprosił mnie na przednie siedzenie (w Solinie jest jedno takie obok kierowcy) i kazał Sylwi robić zdjęcia. Zaliczyłyśmy jeszcze punktowane Metro Młociny i zajęłyśmy ostatecznie 2. miejsce (z 13 drużyn)! W nagrodę dostałam kubek ZTM, brelok ZTM, spinki do mankietów i krawata z logiem ZTM, kalendarz z tymże a i jeszcze markowe długopis i smycz. Nie mówiąc o satysfakcji i nieukrywanej wdzięczności członkiń grupy które są świeżo przybyte do Stolicy i dopiero odkrywają magię komunikacji miejskiej :)

Toteż, tematycznie: T.Love "Autobusy i tramwaje" z warszawskimi autobusami (ten Man NG 313 Lions City 3384 to jeden z moich ulubionych :)



poniedziałek, 02 marca 2009
już prawie wiosna
Pomimo tego że wcale nie było superciepło, wieczorem zrobiłam sobie mały spacerek - bo jakoś czułam przez skórę że to już. I faktycznie. Pachnie nadchodzącymi ciepłymi wieczorami. Można zacząć czyścić rower, planować trasy na różową uczelnię, chować swetrzyska i wietrzyć. Aż chyba upiorę jutro firanki z tego entuzjazmu.
Dodając do całości 10 dni w środku miesiąca spędzone w Paryżu, gdzie wiosna będzie już na pewno - też na pewno mogę śmiało stwierdzić, że przetrwałam zimę. Nie było łatwo.

I strasznie ciężko mi uwierzyć, że to już trzy lata:




Okulary się połamały, włosy nie są fioletowe, ale pod płaszczem jakby mniej :)






a oczu niebieskich, czy ma być żal?
Bo że Sophie nie ma, to wiadomo jak smutno.



niedziela, 01 marca 2009
Tapirowe piosenki - tym razem częściowa piosenka
Serwujemy kiełbasę z dymem na wodzie.

Smacznego!


piątek, 27 lutego 2009
Tapirowe piosenki w piątek - U Can't touch this
Hicior MC Hammer'a z 1990 roku na dzisiejszą piątkową noc.
MC Hammer jest pastorem.
Utwór umieszczam m.in ze względu na superspodnie (posiadam jedne o takim kroju i z niecierpliwością czekam na wiosnę, aby je ponownie ubierać).

Zamieszczona wersja nie jest moją ulubioną, ale youtube zablokowało dźwięk do najbardziej znanego teledisku.

Enjoy!


czwartek, 26 lutego 2009
Tapirowe piosenki 4 - Lily was here
A dzisiaj utwór instrumentalny. Nie znając tytułu odnalezienie go sprawiło nam niemałe trudności. Midomi.com (polecam, jeśli nie znacie) nie reagowało na nasze "taram taram" i nie wyrzucało żadnych wyników.

Na szczęście kawałek się odnalazł i może brzmieć w głośnikach, a nie tylko w głowie.

Candy Dulfer & Dave Stuart - "Lily was here" z 1989 roku.


wtorek, 24 lutego 2009
Tapirowe piosenki 3 - Thru and thru
Dziś na dobranoc The Rolling Stones. Zespołu przedstawiać nie trzeba. Śpiewa Keith Richards. W teledysku fragmenty z IMHO jednego z najlepszych seriali - Rodziny Soprano (Thru and thru możemy usłyszeć na zakończenie jednego z odcinków). Utwór pochodzi z wydanego w 1994 roku albumu "Voodoo Lounge".


poniedziałek, 23 lutego 2009
Tapirowe piosenki 2 - Wuthering Heights
Mili moi, dziś w repertuarze Kate Bush i jej jedyny utwór, który zajmował pierwsze miejsce brytyjskiej listy przebojów- inspirowany powieścią Emily Bronte "Wuthering Heights". Kate czerpała z ostatnich 10-ciu minut filmu z 1970 roku, odkryła również, że obchodzi urodziny w tym samym dniu co autorka książki.
Utwór powstał kiedy urodzona w 1959 roku Kate miała lat 18 (sama napisała tekst i muzykę). Komponowała już w wieku 13 lat a wypromował ją brat-gitarzysta, który zapoznał siostrę z gitarzystą Pink Floyd. Ten namówił szesnastolatkę na nagranie kilku utworów, demo zainteresowała się wytwórnia EMI i tak się zaczęło.
Kate jest perfekcjonistką i sama dba o każdy detal związany ze swoimi utworami - również o oświetlenie i choreografię teledysku.
I pięknie!



Być może w związku z tym idealistycznym podejściem i potrzebą łączenia wizji z fonią Kate wybrała się w trasę koncertową tylko raz (po długich i żmudnych przygotowaniach) i jako pierwsza użyła bezprzewodowego mikrofonu (chcąc w pełni wykonywać skomplikowane układy choreograficzne układane do poszczególnych utworów)

niedziela, 22 lutego 2009
Tapirowe piosenki 1 - Luka
Wymyśliłam sobie, że zamiast pisać od wielkiego dzwonu, będę sobie tu codziennie (w miarę możliwości) wrzucać którąś z moich ulubionych piosenek z krótkim twórczym lub odtwórczym komentarzem- ot, taki dziennik nastrojów (czasem odkryć) muzycznych danego dnia.

Zaczynam od utworu "Luka" Suzanne Vega. Rok wydania 1987- cudowne lata 80-te. Piosenka opowiada o przemocy domowej. Prosty, czarno biały teledysk i kojący głos Suzanne- doskonałość. I tylko smutno jak już wiadomo, o czym ona śpiewa. Artystka w jednym z wywiadów wytłumaczyła genezę tytułu piosenki - w grupie dzieci bawiących się przed jej domem wyróżniał się jeden z chłopców. Zapamiętała jego twarz i to, że zawsze wydawał się inny od wszystkich. Miał na imię Luka.

A teledyskowy chłopczyk to Jackie April Jr. z Rodziny Soprano.




 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17